Noc przyniosła nam zorzę, która rozbłysła nad naszym hotelem. Wszak zanieczyszczenie światłem miejskim spowodowało, że nie była aż tak doskonale widoczna gołym okiem, ale i tak było widać jej szybki taniec na niebie.
Rankiem wymeldowujemy się z hotelu i idziemy na trekking. 10 kilometrów wokół zatoki Kangerluarsunnguaq, wokół której leży i rozbudowuje się Sisimiut. To drugie największe miasto Grenlandii, liczące sobie niecałe 6 tysięcy mieszkańców. Przy głównej ulicy na skale wyryto główne zwierzęce symbole Grenlandii.
Na jednym jego krańcu funkcjonuje dog town, czyli miejsce, gdzie wszyscy trzymają swoje grenlandzkie psy w typie husky. Szczeniaki biegają swobodnie, ale starsze psy są trzymane na krótkich łańcuchach. Gdy tylko pojawia się człowiek, wyją, szczekają, szukają atencji. Wszystkie chciałoby się przytulić i przygarnąć, choć podobno nie dzieje im się tu krzywda. Prawdopodobnie jednak psy, podobnie jak ludzie, wiodą tu ciężkie życie w surowych warunkach.
Dalsza część trasy to już tylko parada wspaniałych, wspanialszych i najwspanialszych krajobrazów, wartkich strumieni, wolno płynących wód zatoki czy wreszcie ośnieżonych szczytów górskich kontrastujących z wciąż letnią roślinnością.
Spacerem po mieście kończymy dzień. Teraz wsiadamy na prom, który przez kolejne 15 godzin będzie płynął, w kierunku Ilulisat.






