Po wczorajszych doświadczeniach dzisiaj grupa się podzieliła. Łukasz i Mirka reprezentują większość, która postanowiła eksplorować tereny wokół chaty, ja ratowałam trekkingowy honor naszej trójki i poszłam na z Alkiem, Anią, Kasią, Magdą i Marcinem.
Pogoda nam dziś sprzyjała – piękne słońce, zero wiatru, doskonała przejrzystość. Trekking prowadził przez widowiskowe krajobrazy pomiędzy Qaarajuttoq oraz Aappilattorsuaq, więc wygląda na to, że nie mogliśmy sobie wyobrazić lepszej aury do naszego, w sumie 16-kilometrowego, trekingu.
Tundra to niezwykły ekosystem. Na przestrzeni jednego metra kwadratowego potrafi być cudownie różnorodna, przyjmując wszystkie odcienie zieleni, żółci, pomarańczy, bordo i czerwieni. Szlak miejscami ubity, ale w większości wydreptywaliśmy go sobie sami przez połacie mchu, mniej lub bardziej nasączonego wodą. Znów przekraczaliśmy strużki, rzeczki, wodospady. Znów balansowaliśmy na śliskich kamieniach z duszą na ramieniu, by nie władować się do wody. Wszak trekking w mokrych butach to nic przyjemnego …
Wydaje się, że druga grupa również doskonale się bawiła. Budowali mosty, przyprawiali sobie rogi, oglądali glony, wyglądali wielorybów i odwiedzali sąsiadów.
Na koniec była wspólna kąpiel w fiordzie Amerloq … brrr! Pierwsze morsowanie za nami. Ciekawe doświadczenie, zwłaszcza ze woda miała może 2 stopnie. Największym problemem są stopy, które po wyjściu parzą i bolą, niemniej nie mogło być tak najgorzej, skoro zanurzyliśmy się w tej wodzie dwa razy.
A teraz czekamy na zorzę …






