- Grenlandia – pierwszy kontakt
- Przez grenlandzką tundrę
- Grenlandzki koniec świata
- Sisimiut
- Ilulissat – stolica gór lodowych
- Grenlandzki creme de la creme
A więc stało się! Po 8 latach wracam do jednego z dwóch miejsc, dzięki którym rozkwitła moja miłość do Arktyki. Grenlandia! Do tego spełniam obietnicę daną Łukaszowi, że kiedyś go tu zabiorę …
Po duńskim transferze Warszawa – Kopenhaga w końcu lądujemy w stolicy Grenlandii, Nuuk. Zanim jednak lądujemy, nad Nuuk rozpętuje się burza, a na pokładzie samolotu robi się nerwowo. Jak się potem okazało, nerwowo było również wśród załogi naziemnej lotniska, a naszemu lądowaniu kibicowało wiele osób. Kilka okrążeń na lotniskiem, nieudane podejście, stany nieważkości samolotu, turbulencje. Stres owładnął większością samolotu, może z wyjątkiem lecących z nami Inuitów, którzy zdawali się rozumieć trudne warunki, w jakich często ląduje się w Grenlandii. Szklaneczka herbacianego napoju rozluźniła nasze spięte mięśnie.
W Nuuk ciągle pada, więc Alek – nasz przewodnik – modyfikuje plan na ten dzień. Idziemy do Muzeum Naturalnego poznać nieco kultury innuickiej. Potem nasiadówka w knajpie, a wieczór kończymy niespodziewanym spotkaniem z koleżanką Magdą, która przyjechała na turnus tydzień wcześniej. Uraczyła nas opowieściami, o tym co poszło nie tak w logistyce ich wyjazdu, byśmy mogli skorzystać z tych doświadczeń i nie powtórzyć błędów poprzedników.
Dzień trzeci rozpoczynamy porannym transferem samolotowym do Sisimiut, z międzylądowaniem w Kangerluusuaq. Pogoda się poprawiła, więc ten lot odczarował nieco wczorajsze lądowanie. W Sisimiut, po zakupach i szybkim przepakowaniu, ubrani we wszystko co przywieźliśmy na Grenlandię, wsiadamy na łódkę, która wywozi nas jakieś 30 km wgłąb fiordu Amerloq. Kapitanka wysadziła nas na brzegu zatoki Utorquait, skąd zaczynamy trekking do chaty w dziczy.
Miało być 8 km, wyszło ponad 10. Zajęło nam to prawie 5 godzin, bo spacer po grenlandzkiej tundrze mieniącej się wszystkimi kolorami jesieni, poza szlakiem, po amortyzującym mokrym podłożu, przecinający cieczki, rzeki i wodospady, stanowi nie lada wyzwanie. Towarzyszył nam wiatr, słońce, deszcz, śnieg z deszczem czy wreszcie na końcówce tęcza, a więc mieliśmy do dyspozycji całe spektrum pogodowe.
Nasza grupa podróżna w sumie dość szybko nawiązała ze sobą kontakt. Oprócz naszej trójki, mamy dwie akademickie wykładowczynie (obie z Łodzi), pięciu lekarzy (chirurg dziecięcy, ortopeda, anestezjolożka, psychiatryczka i ginekolog) oraz panią weterynarz, pracującą w onkologicznych badaniach klinicznych. W tym my dwa korpoludki, i Mirka, która działa na styku naszych światów.
Chata Svena jest położona w całkowitej dziczy. Jest odzwierciedleniem moich wyobrażeń o norweskich hyttach, choć wyposażona w prąd z paneli oraz prowizoryczną toaletę. Ale ma wszystko co jest potrzebne do odcięcia się od cywilizacji na te kilka dni …






