Po opuszczeniu fińskiej Laponii i przejeździe przez monumentalne Alpy Lyngen dotarłyśmy do Tromsø.
Pogoda przywitała nas klasycznie po norwesku – deszczem. Magda pierwszego dnia w Arktyce pewnie powiedziałaby „Scheisse”, ale ostatniego wzięła deszcz na klatę mówiąc, że nie takie rzeczy już nam w twarz waliły. No i jak mówią Norwegowie: nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania.
Po zdeponowaniu bagaży w jakimś sklepie outdoorowym, pierwsze kroki skierowałyśmy do niewielkiej kawiarni, gdzie w toalecie wita cię stado flamingów. Kawa i świeża bułeczka cynamonowa błyskawicznie postawiły nas na nogi po długiej podróży. Z nową energią ruszyłyśmy na spacer wzdłuż nabrzeża do instagramowego Portalu do Arktyki, skąd rozciąga się piękny widok na most Tromsø i charakterystyczną katedrę arktyczną.
Kolejnym punktem był spacer przez most w stronę arktycznej katedry. Niestety trwał tam pogrzeb, więc nie było możliwości wejścia do środka, a deszcz skutecznie zniechęcał do czekania. No nic, to był mój trzeci raz w Tromsø, ale najwyraźniej wnętrze kościoła musi jeszcze na mnie poczekać. Najchętniej razem z koncertem oraz zorzą 🙂
Schowałyśmy się więc w Polar Museet, gdzie zamiast historii polowań na zwierzęta skupiłam się na opowieściach o wielkich wyprawach polarnych. Historie Roalda Amundsena i Fridtjofa Nansena nieustająco robią na mnie ogromne wrażenie. To byli naprawdę wielcy ludzie – odważni, zdeterminowani i chyba trochę szaleni.
Potem jeszcze spacer po Grønnegata, gdzie stoi najbardziej północna drewniana protestancka Katedra Naszej Pani.
Szybkie zaglądanie do sklepów z pamiątkami i tradycyjnymi norweskimi strojami, a także grupowe piwo i obiad. Na koniec jeszcze kafe å gå zanim ruszyłyśmy na lotnisko.
Krótko, ale intensywnie.






