Tromsø to jedno z tych miejsc, gdzie naprawdę można poczuć, że dotarło się na koniec świata. Albo przynajmniej bardzo blisko. To właśnie stąd przez dziesięciolecia wyruszali polarnicy i łowcy przygód w stronę lodowych pustkowi. Dziś to miasto ma bardziej przyjazną twarz – z kolorowymi domkami, zapachem świeżo parzonej kawy i zaskakującą ilością muzeów, które udowadniają, że Norwegowie naprawdę potrafią opowiadać historie. Tromsø to jedno z tych miejsc, które trudno opisać jednym słowem. Niektórzy nazywają je też Paryżem Północy. Miasto tętni życiem, mimo że przez pół roku słońce tylko nieśmiało zagląda zza horyzontu.
Brama do Arktyki
Kilkudniowy city break zaczynamy od spaceru po nabrzeżu Tromsø. To trochę jak podróż w czasie – stare drewniane domki sąsiadują z nowoczesnymi apartamentowcami, które na szczęście są utrzymane w typowym skandynawskim stylu. A zwieńczeniem jest Brama do Arktyki, mozaikowa instalacja artystyczna odsłonięta w 2024, która szybko stała się atrakcją turystyczną. Doskonale widać przez nią Katedrę Arktyczną oraz szczyt Tromsdaltinden. Wieczorem, kiedy wszystko jest pięknie oświetlone, wrażenia są spotęgowane.
Nie zabrakło wizyt w muzeach
Kto powiedział, że trolle to tylko bajka? W Tromsø mają własne muzeum! Troll Museum to nie tylko zabawne figurki i zdjęcia – to także wirtualna rzeczywistość, która pozwala stanąć oko w oko z tymi mitycznymi stworami. My wyszliśmy z muzeum z szerokim uśmiechem (i lekkim niedowierzaniem), że można tak kreatywnie opowiadać o nordyckiej mitologii. I z lekkim wrażeniem, że coś nas obserwuje zza rogu…
Polarmuseet to z kolei obowiązkowy punkt każdego, kto choć raz marzył o wielkiej wyprawie. To właśnie tu można poczuć, jak wyglądało życie polarników, zanim wyruszyli w nieznane. Wśród starych map, futrzanych ubrań i zdjęć wypraw nie brakuje wspomnień o największym z nich – Roaldzie Amundsenie, który właśnie z Tromsø wielokrotnie rozpoczynał swoje arktyczne ekspedycje. Również wtedy, kiedy chciał oszukać opinię publiczną, że wciąż planuje zdobyć Biegun Północny, podczas gdy naprawdę planował już Biegun Południowy, który zresztą zdobył jako pierwszy na świecie.
Urodziny w Magic Ice Bar
Nie każdy może powiedzieć, że świętował urodziny (nawet jesli odrobinę przedwcześnie) w barze zrobionym w całości z lodu! W Magic Ice Bar Tromsø przywitała nas butelka zmrożonego prosecco i peleryny godne prawdziwych polarników. Prosecco było pyszne, ale… to chyba moje najszybciej wypite prosecco w historii, bo po 40 minutach temperatura lodowych tronów dosłownie nas wygoniła.
Most, katedra i panorama Północy
Jednym z najpiękniejszych spacerów w Tromsø jest przejście przez Tromsø Bridge, który łączy wyspę z lądem, gdzie góruje Katedra Arktyczna – symbol miasta. Jej biała, geometryczna bryła wygląda jak lodowiec zatrzymany w ruchu. Nie udało nam się tego zrobić, ale ponoć odbywają się tu wspaniałe koncerty „aurora concerts”, którym często towarzyszy zorza widoczna ze środka katedry.
Tymczasem z mostu rozciąga się widok na miasto, port, góry i fiordy – panorama, która przypomina, jak daleko od codzienności człowiek się znalazł.
Kolejką na górę Storsteinen – Tromsø z lotu ptaka
Jeśli Tromsø potrafi zachwycić z poziomu ulicy, to z góry wygląda wręcz bajkowo. Fjellheisen, czyli kolejka linowa na górę Storsteinen, w kilka minut wyniosła nas 421 metrów nad poziom morza. Kolorowe domki dziś przyprószone śniegiem wyglądają trochę jak symetrycznie rozsypane klocki Lego, most wije się jak wstążka nad wodą i fiordy ginące w chmurach, śniegowych lub deszczowych. I ten śnieg … czuliśmy się jak podekscytowane dzieci w zimę, kiedy spadł pierwszy śnieg. Magicznie!
Renifery i Samowie – spotkanie z prawdziwą Północą
Jedną z atrakcyjni było spotkanie z Sami, rdzennymi mieszkańców północy, i ich reniferami. Karmienie tych uroczych stworzeń (z zaskakująco stanowczym spojrzeniem!) okazało się czystą radością, nawet jeśli wiatr zacinał jakieś 20 m/s, a drobinki lodu siekały nasze twarze. Renifery, które jak się okazało, zostały zebrane w tym miejscu jakiś tydzień temu, nie obawiały się ludzi i chętnie podchodziły by skubnąć coś z kubełka.
Po lunchu, podczas którego zaserwowano nam gulasz z renifera (na szczęście była wersja wege), usłyszeliśmy opowieści o życiu w tundrze i o śpiewach joik, które brzmią jak rozmowa z wiatrem. To spotkanie z Samami miało jednak również poważniejszy wymiar. Samowie przez wiele lat byli marginalizowani i poddawani przymusowej norwegizacji – zakazywano im mówić w ich języku, nosić tradycyjne stroje, a dzieci wysyłano do internatów, by „nauczyły się być Norwegami”. Dziś ich kultura przeżywa odrodzenie, a młode pokolenie z dumą wraca do korzeni. Słuchając tych historii odczuwa się pewnego rodzaju deja vu, że już gdzieś, w innych cywilizowanych krajach, dochodziło do przymusowej asymilacji, która najczęściej kończyła się utratą własnej tożsamości.
Ludwig Mack Brewery – piwo spod zorzy
Na koniec naszego pobytu odwiedziliśmy Ludwig Mack Brewery, najstarszy browar w Norwegii, znany z piwa Mack. To tu warzy się złoty trunek, który dumnie nosi tytuł „najbardziej północnego piwa na świecie”. Zwiedzanie browaru to fascynująca podróż przez historię norweskiego piwowarstwa – od pierwszych beczek z 1877 roku po nowoczesne linie produkcyjne, gdzie wszystko błyszczy nierdzewną stalą, a kadziom puszcza się muzykę, by proces fermentacji przebiegał w bezstresowych warunkach.
A potem obowiązkowy przystanek w pobliskim pubie Ølhallen, najstarszym w Tromsø, gdzie lokalni rybacy i studenci zasiadają ramię w ramię przy kuflu. Piwo Arctic oraz Nord Lys smakowały wybornie.
Fika – skandynawski sposób na spokój
Podczas tych kilku dni przekonaliśmy się, że jest jedna rzecz, którą Skandynawowie opanowali do perfekcji – umiejętność zatrzymania się. Nie na stacji benzynowej, nie na „szybko”, tylko z pełną świadomością chwili. To właśnie Fika – codzienny rytuał, w którym kawa smakuje spokojem a cynamonowa bułeczka ma niemal moc przywracania równowagi w świecie, który pędzi bez opamiętania. Tak naprawdę nie chodzi o kawę, nie chodzi nawet o słodkości, tylko o czas. Dla siebie i innych. A więc FIKAliśmy sobie codziennie pozwalając światu poczekać na nas.
I tylko tej zorzy zabrakło…
Tromsø znane jest z jednego z najpiękniejszych spektakli natury – zorzy polarnej. Wiele osób przyjeżdża tu tylko po to, by ją zobaczyć. Poprzedni tydzień był ponoć magiczny pod tym względem, więc spodziewaliśmy się, że miasto wyczerpało limit szczęścia na jakiś czas. Podczas naszego pobytu niebo pozostało zachmurzone, zsyłając na nas wszelki rodzaj opadu. Ale to dobrze – bo przecież każdy powód, żeby wrócić na Północ, jest dobry. Wygląda jednak na to, że wcale nie potrzebujemy pretekstu by wrócić tu ponownie, a kolejny pomysły już przybierają realne kształty 🙂
[edit] Tromsø pożegnało nas spektakularną zorzą 🙂






