Laponia to takie miejsce, gdzie największa walka trwa wewnątrz, z przestrzenią, ciszą i wszechogarniającą bielą, w której milkną własne myśli.
Na mapie Europy są miejsca, które wydają się daleko. Ale są też takie, które sprawiają wrażenie, jakby były już trochę poza mapą. Jednym z nich jest Kilpisjärvi – niewielka miejscowość w fińskiej Laponii, gdzie droga właściwie się kończy, a za horyzontem zaczynają się już tylko góry i bezkres północy.
To właśnie tutaj razem z Magdą i grupą 10 innych osób przyjechałyśmy na kilka dni biegówek. Wyjazd zorganizował sprawdzony operator Barents.pl, który specjalizuje się w ofercie aktywnego wypoczynku w różnych dziwnych miejscach na świecie. Naszą bazą jest kameralny ośrodek położony nad jeziorem Kilpisjärvi – zimą zamienionym w ogromną, białą przestrzeń. Tu nie ma tłumów, kolejek ani głośnych kurortów. Jest cisza, śnieg i przestrzeń.
Dzień pierwszy – spokojne rozbieganie (11 km)
Pierwszy dzień potraktowaliśmy jako rozruch po podróży. Trasa prowadziła w kierunku wioski Kilpisjärvi, oddalonej od naszej bazy o około ok 5,5 km. Idealna długość na rozjechanie nóg, sprawdzenie wypożyczonego sprzętu i przyzwyczajenie się do warunków. A te były różnorodne tego dnia, od słońca i doskonałej widoczności po śnieżną zadymkę, wszystko w okowach lekkiego mrozu. Nad nami górowała charakterystyczna góra Saana, która jest symbolem tej części Laponii. Już pierwszego dnia poczułam, że to miejsce ma w sobie coś wyjątkowego. Nawet prosta trasa zamienia się tu w małą ekspedycję.
Wieczorem Martyna, nasza przewodniczka, zaproponowała nam spacer zorzowy. Lekkie 3km przerodziły się w walkę o krok, albowiem brnęliśmy w głębokim śniegu. Jak się można było spodziewać, zorzy tego wieczora nie było!
Dzień drugi – nieplanowany odpoczynek
Drugiego dnia plan był ambitniejszy – 21 km z przewyższeniami. Rzeczywistość napisała jednak dla mnie własny scenariusz.
Poprzedniego wieczora, na lodzie pod domem, zdarzył mi się dość niefortunny upadek – uderzenie w głowę i lekki wstrząs mózgu. Magda doskonale sprawdziła się jako koordynator służb medycznych z pogranicza Finlandii i Norwegii. Ostatecznie nic bardzo poważnego się nie stało, ale rozsądek wygrał z ambicją, więc ten dzień spędziłam w trybie rest day, a moja towarzyszka niedoli eksplorowała okolicę.
Dzień trzeci – najbardziej północny trójstyk granic (21 km)
Trzeciego dnia wróciłyśmy na trasę – i to od razu konkretną. Celem był najbardziej na północ wysunięty trójstyk granic w Europie, gdzie spotykają się Finlandia, Szwecja i Norwegia.
To jedna z tych tras, które zapamiętuje się na długo. Najpierw szerokie przestrzenie zamarzniętego jeziora, potem łagodne podejścia i zjazdy w tundrowym krajobrazie, choć zimą i tak wszystko spowija śnieg, a na końcu charakterystyczny pomnik graniczny stojący na środku białej pustki. Jednym krokiem można przejść z Finlandii do Szwecji, a drugim do Norwegii. Co ciekawe, latem nie dojdzie się do tego miejsca suchą stopą, albowiem granica przebiega na mokradłach.
Podczas podejścia do chaty, w której miałyśmy się rozgrzać, popełniłyśmy dwa błędy, które kosztowały nas kolejne naście jeśli nie dziesiąt minut na mrozie i w głębokim śniegu. Magda zdjęła narty, by móc się podnieść po wcześniejszym zakopaniu się . Błąd numer 1 – nie miała potem szans ich założyć z powrotem, zwłaszcza że jedno z wiązań zamarzło. Ja chcąc pomóc, podjechałam do niej i … zrobiłam to samo. Efekt analogiczny. Nasza przewodniczka Martyna podbiegła do nas po kilkunastu minutach, wspólnymi siłami założyłam jedną nartę swoją, jedną Magdy (a miały różne długości) i pojechałyśmy do chaty oddalonej o jakieś 150 m po sprawną parę dla Magdy. Dopiero wtedy mogłyśmy odpocząć, ogrzać się, napić się i uzupełnić kalorie.
Tego dnia mogłyśmy też lepiej zobaczyć drugą twarz Laponii – pogodę, która zmienia się tu w ciągu minut. Z pięknego słońca wchodzisz nagle w całkowitą biel. Znika horyzont, błędnik szaleje, przestrzeń przestaje mieć kształt, a śnieg wchłania wszystko – nawet twoje własne myśli. To ostatnie chyba było najtrudniejsze w pokonywaniu kilkukilometrowej prostej do domu, w której nie widzisz nic, a czas i odległość odmierzają tylko kolejne tyczki.
Dwa kolejne dni – półwysep Salmivaara (14 i 17km)
Celem dwóch ostatnich dni był półwysep Salmivaara. To jedna z bardziej widokowych tras w okolicy Kilpisjärvi.
Pierwszego dnia ruszyliśmy tam w mniejszym składzie. W towarzystwie Wojtka zrobiliśmy około 14 kilometrów spokojnego biegu. Pogoda była wtedy łaskawa – chłodniej niż wcześniej, ale z pięknym, niskim arktycznym słońcem, które sprawiało, że śnieg błyszczał jak rozsypane kryształy.
Drugiego dnia ruszyłyśmy do tego samego celu, ale bezpośrednio z domku i już większą grupą. Jak to jednak bywa na biegówkach, tempo szybko zaczęło się różnicować i po pewnym czasie naturalnie podzieliliśmy się na mniejsze podgrupy.
Poranek był znacznie zimniejszy niż poprzedniego dnia. Słońce długo nie chciało się pokazać i przez większą część trasy jechaliśmy w chłodnym, matowym świetle arktycznej zimy. Dopiero w drodze powrotnej chmury się rozstąpiły i pojawiło się słońce, które od razu zmieniło krajobraz.
Trasa wokół półwyspu jest naprawdę spektakularna. Przez długi fragment prowadzi wzdłuż granicy fińsko-szwedzkiej, a szerokie przestrzenie zamarzniętego jeziora sprawiają, że momentami trudno ocenić skalę krajobrazu.
Co ciekawe, miejscami widać, że jezioro nie jest całkowicie skute lodem – w oddali pojawiają się fragmenty ciemniejszej wody, przypominające, że pod tą zimową pustką wciąż jest żywe jezioro.
Większa część trasy jest stosunkowo płaska i bardzo rytmiczna. Dopiero ostatnie trzy kilometry zaczynają falować – pojawiają się łagodne podejścia i długie, spokojne zjazdy. Takie, jakie lubię najbardziej!
Ostatni dzień – w stronę jeziora Sillasjärvi (10 km)
Na destynację ostatniego dnia wybrałyśmy kraniec jeziora Sillasjärvi. Dzisiaj pogoda nie dała nam żadnego prezentu. Nie było nawet krótkiego „okna pogodowego”. Albo było po prostu pochmurno, albo wchodziłyśmy w zamieć śnieżną, w której świat znikał niemal całkowicie. Nie przeszkadzało nam to eksplorować okolice, często schodząc z utartego szlaku w bezkresną śnieżną biel zamarzniętego jeziora.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś absolutnie niezwykłego. Na naszej drodze pojawił się rosomak – jedno z najbardziej skrytych i rzadko widywanych zwierząt północy. Wprawdzie w oddali, ale na tyle widoczny, że mogłyśmy, piejąc z zachwytu, podziwiać jego bieg przez śnieżną pustynię w kierunku gór. Zatrzymał się na chwilę, by dać nam znać, że nas widzi, ale nie poświęcił nam zbyt dużo uwagi. Kilka chwil później zwierzę zniknęło w śnieżnej bieli, a my zostałyśmy z poczuciem, że właśnie wydarzyło się coś absolutnie wyjątkowego.
Dlaczego warto tu przyjechać na biegówki?
Biegówki w Laponii różnią się od tych, jakie znam z Jakuszyc. Tu nie chodzi też o te perfekcyjnie przygotowane pętle i dziesiątki kilometrów tras. Tu chodzi o przestrzeń. Ogromne zamarznięte jeziora, białe krajobrazy, zmieniająca się w sekundę pogoda i cisza, jakiej dawno nie doświadczyłam. Nie wiem czy kiedykolwiek takiej doświadczyłam. I to poczucie, że jesteś naprawdę na końcu świata. Do tego wszystkiego zorza, kapryśna i w sumie mało uchwytna, ale kiedy jest, chłoniesz ją wszystkimi zmysłami.
Bardzo łatwo chcieć tu wrócić…






