Czasami trafiasz w takie miejsca, które znasz… zanim jeszcze je zobaczysz. Dziś uświadomiłam sobie, że dla mnie taka jest Valetta, stolica Malty.
To prawdopodobnie pierwsze miasto i pierwsze państwo, o których uslyszałam jako dziecko. Mój tata spędził tu kiedyś trochę czasu, a historia – pół żartem, pół serio – mogła potoczyć się tak, że miałabym dziś w sobie coś z Maltanki.
Do Valletty dostaliśmy się promem ze Sliema. Rejs trwa jakieś 10 minut, ale to wystarczy, żeby zobaczyć miasto z zupełnie innej perspektywy. Bo Valletta od strony morza wygląda jak twierdza – złote bastiony, mury, które przez wieki miały jedno zadanie – obronić wyspę. I już wtedy czuć, że to może nie być zwykłe miasto.
Do centrum miasta z portu wiedzie 222 schodów w górę. Z kontuzjowanym Łukaszem w grupie zdecydowaliśmy się na meleksa za 5 euro, którym nie tylko podjechaliśmy pod górę, ale objechaliśmy także główne atrakcje, również w bardziej oddalonych fragmentach miasta. To dobry sposób, żeby złapać szerszy obraz – Valletta jest wprawdzie mała, ale bardzo warstwowa.
Jedną z pierwszych rzeczy, które przyciągają wzrok, to charakterystyczne, zamknięte balkony – gallarija. Ich historia jest ciekawsza, niż się wydaje na pierwszy rzut oka, albowiem to nie tylko element dekoracyjny. Kiedy Malta znajdowała się pod panowaniem muzułmańskim, kobiety miały ograniczoną możliwość pokazywania się publicznie. Balkony pozwalały im obserwować życie ulicy, nie będąc widocznymi dla przechodniów. Z czasem funkcja społeczna połączyła się z klimatem i praktycznością. Balkony chroniły przed słońcem, dawały przewiew, pozwalały „żyć ulicą” bez wychodzenia z domu a także ładnie wyglądały. Dziś są jednym z najbardziej charakterystycznych symboli Malty – kolorowe, zamknięte, trochę tajemnicze.
Valetta to miasto, które się chłonie. Nasz pomysł na zwiedzanie miasta to klasyczne gubienie się w wąskich uliczkach, w których nie sposób się jednak zgubić. Zawsze wyjdzie się na jakich pomnik, plac, pałac, twierdzę, ogród, kościół czy wręcz konkatedrę. Ulica Republiki zbyt pełna ludzi, zbyt głośna. Przy Pjazza Kastilja, zalanej słońcem, wypiliśmy kolejnego aperola i zjedliśmy lunch. Za to w bocznych uliczki, gdzie nagle robi się cicho i spokojnie.
Malta w czasie II wojny światowej była jednym z najważniejszych punktów strategicznych na Morzu Śródziemnym. Kontrolowała szlaki zaopatrzeniowe między Europą a Afryką. Dlatego była jednym z najbardziej bombardowanych miejsc na świecie – przez Niemców i Włochów. Lascaris War Rooms, które zwiedziliśmy wspólnie z Łukaszem, to podziemne centrum dowodzenia, w którym planowano działania aliantów. I właśnie tutaj przygotowywano jedną z najważniejszych operacji wojny w tym regionie – Operation Husky, którą była inwazja na Sycylię w 1943 roku – punkt zwrotny w kampanii włoskiej, w której Malta odegrała w kluczową rolę jako baza logistyczna i dowodzenia. Stojąc w tych podziemnych salach, naprawdę czułam ciężar historii.
W tym czasie Asia i Mirka… wybrały aperola, w knajpie dla żon czekających na mężów zwiedzających muzeum wojny. I patrząc uczciwie – to też był dobry plan!
Malta ma swoje własne Trójmiasto – Three Cities: Birgu (Vittoriosa), Senglea i Bormla. Gondolą przeprawiliśmy się do Birgu. I tu nagle wszystko zwalnia, bo jest mniej ludzi, więcej ciszy i ten sam klimat kamienia, historii i morza. Nie wspominając już o luksusowych jachtach miliarderów z Kazachstanu, Kataru czy Arabii Saudyjskiej.
Spacer po Valetta i Birgu to jak podróż w czasie do średniowiecza, w którym jednak zadbano o najmniejsze szczegóły. Nie zdziwiłabym się również gdybym nagle nad miastem zobaczyła cień Drogona, Rhaegala czy Viseriona …






