W ostatni weekend spakowałyśmy się z Asią i Mirką do samochodu i ruszyłyśmy na Podlasie. Miało być spokojnie. I dokładnie tak było.
Podlasie przywitało nas slonecznikami oraz kapliczką. Niepozorną, stojącą przy drodze. Dopiero po chwili zauważyłyśmy, że z jednej strony wieńczy ją krzyż katolicki, a z drugiej – prawosławny. Trudno o lepszy symbol regionu, w którym od wieków spotykają się różne religie, kultury i tradycje.
Pierwszym przystankiem był Dąb Dunin. Potężny, kilkusetletni, robi ogromne wrażenie. Zawsze lubię spotkania z takimi świadkami historii. Trudno przejść obok nich obojętnie, zwłaszcza jak kocha się drzewa!
Później były Puchły i Trześcianka z przepięknymi drewnianymi cerkwiami. W Trześciance usiadłyśmy na kawę, chwilę porozmawiałyśmy z mieszkańcami i po prostu chłonęłyśmy atmosferę tego miejsca pijąc pyszną kawę i zajadając blok czekoladowy.
Nie mogło zabraknąć również Soc – jednej z najbardziej charakterystycznych wsi Krainy Otwartych Okiennic. Te kolorowe domy mają w sobie coś, co sprawia, że człowiek co chwilę sięga po aparat, choć doskonale wie, że żadne zdjęcie nie odda tego klimatu.
Wieczorem spacerowałyśmy po Białymstoku – ulicą Lipową, przez rynek aż do Parku Branickich.
Następnego dnia natura zmieniła nasze plany. Kładka nad Narwią była zamknięta z powodu niskiego poziomu wody, więc zamiast tego pojechałyśmy do Tykocina. To była świetna decyzja. Zamek, rynek, synagoga i historia miejscowych Żydów sprawiły, że zatrzymałyśmy się tam na dłużej.
No i bociany…
Nie wiem, jak to się stało, ale wróciłam z Podlasia z nową fascynacją. Największa w Europie kolonia bocianów zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Mogłabym siedzieć i obserwować je godzinami. Dziś już wiem – mam nową miłość. Są piękne, dostojne i idealnie wpisują się w krajobraz Podlasia.
Podlasie zachwyciło mnie swoją różnorodnością. To region zupełnie inny od tego, który znam na co dzień. Inne tempo życia, inna architektura, inna historia i niezwykła mieszanka kultur, która jest widoczna niemal na każdym kroku. Ludzie uśmiechają się częściej, nigdzie się nie spieszą, a rozmowa z nieznajomym przy kawie wydaje się czymś zupełnie naturalnym.
Ale tym razem Podlasie było dla mnie czymś więcej niż kolejnym miejscem na mapie.
Dzięki Mirce mogłyśmy zobaczyć Podlasie, którego nie znajdzie się w żadnym przewodniku. Poznałyśmy Jej rodziców, spędziłyśmy wspólnie wieczór, zachwycałyśmy się ogrodem, który tworzą z ogromną pasją i czułością. Patrząc na nich, pomyślałam, że szczęście naprawdę bardzo często mieszka właśnie w takich prostych chwilach.
Mirka zabrała nas również na ścieżki, którymi sama chodziła jako dziewczynka. Opowiadała o miejscach, ludziach i wspomnieniach. Dzięki temu nie byłyśmy już tylko turystkami. Na chwilę mogłyśmy wejść do Jej świata i zobaczyć Podlasie Jej oczami.
Coraz bardziej przekonuję się, że właśnie na tym polega przyjaźń. Nie tylko na wspólnych wyjazdach, ale na zapraszaniu siebie nawzajem do swoich historii. Do miejsc, które nas ukształtowały. Do wspomnień, które są ważne. Do ludzi, których kochamy.
To chyba najpiękniejsza część naszego małego projektu. Każda z nas pokazuje pozostałym kawałek swojego świata. Nie tego z Instagrama, ale tego prawdziwego. Dom rodzinny. Ulubione ścieżki. Miejsca, do których wraca się myślami. I chyba właśnie dlatego ten weekend zostanie ze mną na bardzo długo.
Love you Girls!






Komentarze (1)
Polska zachwyca.