- W krainie Oz czyli mocne przywitanie z północną Australią
- Kakadu National Park
- Litchfield National Park
- W kierunku Alice Springs! „Where the f*** is Alice?”
- Banka Banka via Mataranka
- Przecinając Zwrotnik Koziorożca
- Alice Springs czyli geograficzny środek Australii
- Uluru – święte miejsce Aborygenów
- King’s Canyon czyli szczęka w dół
- Mamuśki w Sydney
- Odkrywamy tajemnice Sydney
- Witamy w Górach Błękitnych
- Góry Błękitne
- Grand Pacific Drive
- Wallaby, Wallaroo, Kangaroo
- Święto Niepodległości na Górze Kościuszki
- Lake Entrances
- Wilsons Promontory National Park
- Przez Great Ocean Road do 12 Apostołów
- 12 Apostołów i inne cuda …
- Na koniec Melbourne
- Pożegnanie z Australią czyli porady praktyczne
Miasto powstało w XIX wieku, jako efekt budowy linii telegraficznej, choć zaczątki cywilizacji zaczęły pojawiać się wcześniej wraz z przybyciem na te tereny Johna D. Stuarta, podróżnika i odkrywcy Północnego Terytorium Australii a także wraz odkryciem złóż złota w Arltunga położonego ok. 90 km od Alice Springs. Otoczone czerwoną pustynią o wielkości Europy wzięło swoją nazwę od imienia żony Charlesa Todda, głównego inżyniera nadzorującego powstanie linii telegraficznej z Port Augusta (obecnie Adelaide) do Port Darwin, a dalej do Europy. Co ciekawe, Alice nigdy nie pojawiła się w tym mieście.
Miasteczko zamieszkuje 25 tysięcy mieszkańców, jest więc relatywnie małe, ale biorąc po uwagę, że niektóre miasta po trasie liczą sobie kilkuset, a nawet kilkudziesięciu mieszkańców, Alice Springs jest dość duże. Dziesięć ulic na krzyż, kilka restauracji, trzy centra handlowe, galerie prezentujące głównie twórczość aborygeńską, stacje benzynowe i lotnisko obsługujące wyłącznie loty krajowe.
Jest też ciemna strona miasta. Sporo tu bezrobotnych z wyboru Aborygenów, wyczekujących różnych „okazji”. Nasza przewodniczka Sandy, która de facto bardzo wspiera lokalną ludność na wszelkie możliwe sposoby, przestrzegała nas, by się nie szwendać samotnie po zmroku czy zamykać drzwi od pokoju hotelowego. Niby niebezpiecznie nie jest, ale w drobne kłopoty wpaść można, choć do końca nam nie sprecyzowała jakie.
Nam na szczęście nic się nie przytrafiło. Dzień spędzamy leniwie, najpierw się wysypiając za wsze czasy, a potem organizując się przed kolejną podróżą.
Popołudniem odwiedzamy Reptile Centre, gdzie można podziwiać najgroźniejsze węże Australii oraz całkiem przyjazne jaszczurki, które tylko wyglądają groźnie 🙂
Jest też Terry, 3.5-metrowy saltie, którego zachowania i zwyczaje mamy okazję podglądać podczas pokazu, jaki serwuje nam miejscowy przewodnik. Wysuwa się z tego pokazu jeden wniosek – w obrębie 7 m od lustra wody można nie mieć szans na ucieczkę. Potrafią przeskoczyć łódkę, zabierając wędkarza czy rybaka, albowiem ludzkim mięsem nie gardzą…






