- Sanremo – Imperia
- Cipressa i Poggio – klasyka Primavery
- Monako zamiast Bajardo – spontaniczna zmiana planów
- Rest day w San Remo – stare miasto i chwila oddechu
- San Remo – 120 km kolarskiego słońca w drodze do Albengi.
Poranek jak trzeba
Dzień zaczynamy tak, jak lubimy najbardziej — spokojnie, bez pośpiechu. Najpierw kawa z ekspresu w naszym kamperze, taka „na bogato”, która sama w sobie jest już małym rytuałem przed wyjazdem. Słońce od rana daje znać, że to będzie dobry dzień, a nogi po wczorajszym odpoczynku są wyraźnie świeższe.
Ruszamy z San Remo z planem, który jest prosty: kierunek wschód, bo tam musi być jakaś cywilizacja 😉

Liguria w rytmie jazdy
Pierwsze kilometry mijają szybko. Droga prowadzi przez Imperia, potem Diano Marina — każde z tych miejsc ma swój charakter, ale łączy je jedno: morze zawsze gdzieś obok i ten specyficzny liguryjski klimat. Imperia to miasto, które ma w sobie to coś „włoskiego”, cudowne uliczki, pyszne lody i pachnące z daleka kawiarnie.Diano Marina, to już bardziej wakacyjne i typowo kurortowe miasteczko, z szeroką plażą i spokojnym rytmem dnia.
Nasza dzisiejsza trasa nie jest wymagająca, ale też nie jest całkiem płaska. Delikatnie falując zmusza co i rusz do pracy, ale jednocześnie pozwala złapać rytm. To jeden z tych dni, kiedy nie walczysz z jazdą, a się nią cieszysz.
Kolejne miejscowości pojawiają się naturalnie: Andora, potem Alassio. Każda z nich kusi, żeby na chwilę się zatrzymać, złapać oddech i popatrzeć na morze.
Giro d’Italia na wyciągnięcie ręki
W Andora na chwilę zwalniamy — nie dlatego, że trzeba, tylko dlatego, że to jedno z tych miejsc, obok których fan kolarstwa nie przejedzie obojętnie.
To właśnie tutaj, 7 maja 2024 roku, kończył się 4 etap 107. edycji Giro d’Italia. Po fascynującym finiszu wygrał Jonathan Milan z Lidl-Trek, a liderem wyścigu został Tadej Pogačar, który nie oddał już koszulki Maglia Rosa do końca wyścigu.
Zakończony etap w Andora pozostawił konkretne ślady, tj. wielki pomnik w kształcie pucharu za zwycięstwo w Giro (Trofea Senza Fine) na jednym z rond, tablice pamiątkowe, czy złożone autografy przez Jonathana i Tadeja. Od razu widać i czuć, że to miasto ma swoją kolarską historię. Włosi potrafią takie momenty zatrzymać i pokazywać z dumą. Kolarstwo jest tu częścią codzienności i wpisanej w DNA kultury, a nie tylko wydarzeniem raz w roku.
Albenga – zatrzymanie w dobrym momencie
Do Albenga docieramy bez większego planu, ale szybko okazuje się, że to idealne miejsce na przerwę.. Stare miasto z charakterystycznymi wieżami ma w sobie coś surowego i autentycznego. Kamień, cegła, wąskie uliczki i ten spokojny rytm, który sprawia, że nigdzie nie chce nam się spieszyć.
Zatrzymujemy się na przepyszny lunch przy jednej z zabytkowych wież. Chwila odpoczynku i aromatyczne caffe macchiato sprawiają, że czujesz ten błogi stan oraz fakt, że właśnie tak powinny wyglądać wakacje.
Powrót przez kolarską historię
Droga powrotna smakuje najlepiej. Słońce robi się miękkie, ruch uliczny jakby mniejszy, a w głowie pojawia się to przyjemne zmęczenie po dobrze przejechanym dniu.
Po drodze zaliczamy trzy podjazdy, które każdy fan kolarstwa zna doskonale z wyścigu Mediolan–San Remo, tj. Capi Mele, Capi Cervo i Capi Berta. Niby niewielkie wzniesienia, wręcz zmarszczki, ale na stałe wpisane w historię tego wyścigu. Peleton „przelatuje” przez nie z prędkością, jakby nie istniało coś takiego jak zmęczenie. Prosi jadą swoje — równo, mocno, na dużej tarczy i niemal bez zwalniania.
My… trochę inaczej 😉 bo na małej tarczy i zdecydowanie wolniej. Ale po każdym podjeździe jest zjazd, a ten z Capi były naprawdę przyjemne i dość szybkie.
Podsumowanie dnia
Finalnie wyszło prawie 120 kilometrów i ponad 900 metrów przewyższenia, ale tego dnia liczby były tylko dodatkiem.
To była trasa, która miała wszystko: w sumie dobre tempo, piękne widoki, małe włoskie miasteczka i kolarską historię, która pojawia się w zasadzie na każdym kroku.
I dokładnie za takie dni lubię Ligurię najbardziej.



