Włoski kamerowy wypad na rowery z Michaelem to już niemal tradycja. Było San Remo, było Rimini, tym razem wybór padł na Toskanię i okolice Lucca. Już od pierwszego dnia wiedzieliśmy, że to będzie dokładnie taki wyjazd, jakiego potrzebowaliśmy.
Naszą bazą został kameralny Campeggio Ai Linchi prowadzony przez przesympatycznego Andreę. To miejsce miało wszystko, czego trzeba rowerowym włóczęgom – spokojne miejsca dla kamperów, świetny klimat i… własną winniczkę. Taką prawdziwą, toskańską.
Cztery dni jazdy po toskańskich wzgórzach
Na dwóch kołach spędziliśmy cztery dni. Łącznie wyszło 302 kilometry i 2067 metrów przewyższenia. Na pierwszy rzut oka toskańskie wzgórza nie wyglądają groźnie. W końcu to nie wysokie hiszpańskie góry. Toskania ma jednak swój charakter – podjazdy są krótsze, bardziej poszarpane i potrafią regularnie „podgryzać” nogi. Niby jedziesz spokojnie, a po kilku godzinach okazuje się, że jednak swoje trzeba było wycierpieć. Ale właśnie za to kocha się jazdę w takich miejscach. Każda trasa prowadziła przez małe włoskie miasteczka z kamiennymi uliczkami, małymi kawiarniami i widokami, które wyglądały jak z pocztówki. Czasami człowiek zatrzymywał się bardziej dla klimatu niż dla odpoczynku.
Florencja, Lucca i…
Nie samym rowerem człowiek żyje, dlatego zrobiliśmy też dwa dni przerwy od jazdy. Jeden zaplanowała pogoda (Florencja), drugi (Lucca) zaplanował nam Andrea, którego nieświadomie zapytaliśmy o degustację wina.
Florencja – miasto, które nawet poza sezonem robi ogromne wrażenie i gdzie nawet poza sezonem są tłumy ludzi. Wąskie uliczki, klimat włoskiego miasta i ten charakterystyczny chaos, który we Włoszech jakoś zawsze działa.
Lucca i okoliczne winnice. Już bez pośpiechu, bez planu treningowego, ale też bez szaleństwa. Następnego dnia bowiem czekała nas podróż powrotna.
… Małe grzeszki, ciepło, rowery i dobry czas
No i oczywiście były małe włoskie grzeszki. Lody po trasie, aperol do lunchu, kieliszek wina, dwa, góra trzy, tam piwko, jakieś ciasteczko do kawy… ale przecież właśnie o to trochę chodzi we włoskich wyjazdach. O balans między jazdą a zwykłym cieszeniem się chwilą.
Cudowne w tym wyjeździe było też to, że mogliśmy na chwilę wyrwać się z zimnej codzienności do ciepełka. Podczas gdy w Polsce nocami temperatura potrafiła spadać poniżej zera, my siedzieliśmy wieczorem w krótkich rękawkach, planując kolejne trasy. Bez presji, bez wielkich planów sportowych.
To był po prostu dobry czas, rowery, włoskie drogi i południowy relaks.







