Są takie miejsca, które zimą pokazują bardzo surowe oblicze, jakże inne niż u nas w Polsce. I choć w tym roku mieliśmy naprawdę super zimę, to i tak mamy swój punkt na mapie Europy, do którego chętnie wracamy. Takim miejscem jest dla nas Tromsø, niewielkie miasto położone daleko za kołem podbiegunowym, gdzie śnieg i zima potrafią zarówno zachwycić, jak i przerazić.
W tę podróż mieliśmy udać się w trójkę, tj. Małgosia, Rafał i ja. Niestety nagła choroba jednego z naszych terierów (Fifi), sprawiła, że ktoś musiał zostać na miejscu. I tak oto została Gosia, a ja z Młodym pojechaliśmy na „walentynki” do Paryża północy, jak często mówi się o Tromsø. To nasz drugi wypad do tego cudownego miasta w bardzo krótkim czasie.
Na lotnisku w Tromsø lądujemy w piątkowy wieczór. Szybki transfer autobusem linii 46 do Centrum i po kolejnych 25 minutach jesteśmy w zarezerwowanym apartamencie. Klucze znajdujemy od razu i bez problemu. Problemem okazała się temperatura wewnętrz mieszkania, która była tak naprawdę niewiele wyższa, niż ta na zewnątrz. Ewidentnie ktoś zapomniał włączyć grzanie, a że kaloryfery elektryczne nagrzewają się zacznie dłużej niż te tradycyjnie, to mieszkanie temperaturę złapało dopiero w nocy. Po zostawieniu naszych bagaży w mieszkaniu, udajemy się jeszcze do pobliskiego Coop’a by kupić wszystko to co jest nam niezbędne do przygotowania śniadań i kolacji. Lekko zmęczeni padamy przed północą.
Wszystkie nasze atrakcje rezerwowaliśmy z wyprzedzeniem na stronie Get Your Guide. Naprawdę polecam, bo przyjechanie do Tromsø „na spontanie” może zakończyć się sporym rozczarowaniem – zwłaszcza w tak ważne weekendy jak ten walentynkowy 😉
Na sobotę zaplanowaliśmy psie zaprzęgi. Trafiliśmy w świetne miejsce, gdzie bardzo dba się o psy, co niestety nie jest regułą nawet w kraju takim jak Norwegia. Zazwyczaj obawiam się takich miejsc, gdzie to zwierzęta stanowią atrakcje dla ludzi. Moje obawy są oczywiście podyktowane tym, w jaki sposób te zwierzęta są traktowane i czy nie są tylko i wyłącznie „maszynką do zarabiania kasy”. Tutaj psy były pełne energii, wyraźnie radosne i – według mojej obserwacji – mega nakręcone, że będą mogły pobiegać. Nasz zaprzęg prowadziło 5 psów. Najpierw w rolę maszera wcieliłem się ja, a następnie oddałem prowadzenie Rafałowi. Przyznam szczerze, że to niesamowite uczucie, tak gnać przez zamarznięte jezioro, lasy, czy przykryte masą śniegu łąki. Absolutny szał. Po jeździe był czas, by jeszcze wszystkiemu się przyjrzeć, pobyć z tymi przyjacielsko nastawionymi psami dłużej, a potem – przy drobnym poczęstunku – posłuchać opowiadania o wyścigach psów i ich roli w stadzie oraz zaprzęgu. A na koniec zabrano nas do zagrody ze szczeniakami, które od razu wyczuły smaczki naszych terierów. Te bowiem noszę w kieszeniach każdej kurtki, zaraz obok woreczków na kupę 🙂
Wieczorem dość długo szukaliśmy miejsca by móc w końcu coś zjeść. Kompletnie zapomnieliśmy, że to właśnie w sobotę wypadały Walentynki, więc niemal wszystkie restauracje były w pełni obłożone. Niemal …bo po 20 minutach szukania w końcu znaleźliśmy miejsce dla siebie.
Niedziela była bardziej „sportowa”, ale w najlepszym możliwym wydaniu. Wybraliśmy się na biegówki i – jak można było przypuszczać – trafiliśmy na perfekcyjne warunki. Trasy były świetnie przygotowane, szerokie, dobrze oznaczone, a śnieg – jak dowiedzieliśmy się od instruktora – potrafi tam leżeć nawet przez siedem miesięcy w roku. To robi ogromne wrażenie. Co ciekawe, wiele tras jest oświetlonych, więc można spokojnie biegać nawet wieczorem czy nocą, co w takich szerokościach geograficznych ma ogromne znaczenie. Sama jazda była czystą przyjemnością – trochę wysiłku, ale jeszcze więcej satysfakcji i kontaktu z naturą.
Popołudniu tego samego dnia przenieśliśmy się w zupełnie inny świat – do wioski Saamów, rdzennych mieszkańców północy. Tam czekało nas karmienie reniferów, ale to był tylko początek doświadczenia. Usiedliśmy przy ognisku i wysłuchaliśmy opowieści o historii i tradycjach tego ludu – o tym, jak żyli kiedyś i jak wygląda ich życie dzisiaj. Było w tym coś autentycznego i spokojnego, zupełnie innego niż turystyczne „atrakcje”. Do tego dostaliśmy poczęstunek z tradycyjnego dania z renifera oraz gorące napoje, które w tych temperaturach smakują wyjątkowo dobrze. A na koniec wydarzyło się coś, co trudno zaplanować – zorza polarna. Zielone światło rozlewające się po niebie w trakcie karmienia reniferów było prawdziwą wisienką na torcie i momentem, który na długo zostanie w pamięci.
Poniedziałek zostawiliśmy na coś bardziej dynamicznego – skutery śnieżne. I to był strzał w dziesiątkę. Jazda po zaśnieżonych przestrzeniach, przez góry i doliny, z widokami, które momentami wydają się nierealne, daje ogromną dawkę adrenaliny i wolności. Same maszyny mają potężną moc, a prowadzenie ich w takim otoczeniu to czysta frajda. To zupełnie inne doświadczenie niż psie zaprzęgi – bardziej surowe, szybsze, bardziej „dzikie”.
Samo Tromsø też ma swój niepowtarzalny klimat. To niewielkie miasto, ale pełne życia i charakteru. Kolorowe domy kontrastujące ze śniegiem, port, góry wokół i ta specyficzna, arktyczna atmosfera sprawiają, że czujesz się jak na końcu świata. Bo w końcu to jest prawie koniec świata. Jednocześnie wszystko działa tu sprawnie, a Norwegowie mają niesamowity szacunek do natury i przestrzeni, w której żyją.
Ten wyjazd był dla nas czymś więcej niż tylko kolejną podróżą. To był wspólny czas, nowe doświadczenia i emocje, które trudno odtworzyć gdziekolwiek indziej. Tromsø pokazało nam zimę w jej najpiękniejszej, najbardziej surowej i jednocześnie najbardziej fascynującej odsłonie. I jedno jest pewne – to miejsce zdecydowanie zostaje na naszej mapie „do powrotu”.



